IV Niedziela Wielkiego Postu roku C

Nie wstydzić się wstydu

Według Patricii i Ronalda Potterów, amerykańskich psychoterapeutów, wstyd to przeświadczenie o własnej ułomności jako istoty ludzkiej. Uczucie wstydu często połączone jest z lękiem przed utratą dobrej opinii. Nierzadko źródłem poczucia wstydu są zachowania niemoralne. Wizualne oznaki wstydu to najczęściej rumieniec na policzkach, przykrywanie twarzy dłońmi lub opuszczenie wzroku. Czym innym jest wstydliwość. To zaleta. Pudicitia to rzymskie uosobienie cnoty wstydliwości i skromności. Na rewersach monet przedstawiana była jako okryta welonem kobieta trzymająca berło.

Wstyd często uwarunkowany jest kulturowo i religijnie. Dla starożytnych Żydów wstydem był kontakt z poganinem. Wypas świń, zwierząt nieczystych, to zwykła hańba. Nie mówiąc już o żywieniu się strąkami, które były paszą dla trzody. Powracający do domu ojca syn z Jezusowej przypowieści miał dużo czasu na przemyślenie niechlubnej przeszłości. W końcu droga z krain pogańskich w rodzinne strony nie trwała pół godziny. Nie wiadomo, czy odczuwał wstyd, zabawiając się z nierządnicami. Nie ma jednak wątpliwości, że to poczucie przygniatało go, gdy zbliżał się do domu: „Już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Uczyń mnie choćby jednym z najemników” (Łk 15,19).

Wstydzisz się grzechu? To dobrze. To znaczy, że twój powrót do Ojca właśnie się rozpoczyna. To znaczy, że wciąż masz szansę, by wstyd spowodowany upadkiem zamienił się w zawstydzenie ogromem Bożego miłosierdzia.

Całkiem hipotetycznie

Jezusowa wyobraźnia, której daje wyraz w przypowieściach, sięga poza granice dawnej Palestyny. Skoro syn, do którego przylgnął przydomek „marnotrawny”, pasał świnie, zwierzęta uważane przez Żydów za nieczyste, stąd wniosek, że znalazł się w krainie pogan. To właśnie tam podjął decyzję: „Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników” (Łk 15,18–19). Do domu miał więc pewnie niezły kawałek drogi, a skoro tak – miał też sporo czasu na przemyślenia. Inaczej mówiąc – na rachunek sumienia.

Jakie mógł stawiać sobie pytania? W jakim kierunku szły jego myśli? Jakie towarzyszyły mu emocje? Czy wracał z duszą na ramieniu? Czy bał się odrzucenia przez ojca? Może zmagał się ze swoim wstydem? Dla Żyda hańbą i wstydem było spotkanie z poganinem, a co dopiero wypasanie świń. A może kłopotał się brakiem podarunku dla ojca? Jest na Wschodzie zwyczaj, że jeśli wraca się po długiej nieobecności do własnego domu, a tym bardziej, jeśli odwiedzamy kogoś innego, to trzeba przynieść dar. Niósł wprawdzie w sercu najpiękniejszy dar – pragnienie przemiany życia. Czy jednak okaże się wystarczający? A może martwił się o to, czy uda mu się na nowo nawiązać relację przyjaźni ze starszym bratem? Poznawszy swoje słabości, mógł także zmagać się z wątpliwościami: jeśli zostanę przyjęty przez ojca, czy zdołam wytrwać w jego miłości?

Pytań tych nie ma w zapisie Ewangelii. Są one czysto hipotetyczne, choć przecież całkiem prawdopodobne. Dołóżmy do nich jeszcze trzy. Czysto hipotetyczne. Co stałoby się, gdyby zamiast ojca powracający syn spotkał na drodze najpierw swojego brata? Czy w ogóle wróciłby do domu? Czy „starsi synowie” wiernie biegnący co niedzielę do kościoła nie utrudniają czasem powrotu do domu tym, którzy marzą o ojcowskim przytuleniu?

Drzwi do nawrócenia

O Franciszku Salezym opowiada się następującą anegdotę. Gdy zasłynął już ze swego pobożnego życia, wybrała się do niego zacna matrona, znana w mieście z bogactwa. Zapytała: „Co mam zrobić, aby osiągnąć świętość?”. „Proszę ciszej zamykać drzwi – odpowiedział święty – bo nawrócenie zaczyna się od rzeczy małych”.

W przypowieści o synu marnotrawnym, a mniej tradycyjnie – o miłosiernym ojcu, pada jeszcze bardziej lapidarna definicja nawrócenia: „Wstanę i pójdę do mojego ojca” (Łk 15,18). Najbardziej istotna wydaje się decyzja. Do takiej decyzji dojrzał pośród trzody świń, strąków i biedy, z dala od domu, bohater Jezusowego opowiadania. Biblijne słowo „nawrócenie” (metanoia) zawiera w sobie rdzeń nous, „umysł”. Nawrócenie jest więc zmianą sposobu myślenia, jest odwróceniem myśli, jest przywróceniem właściwego toru myślenia. Skarżył się przecież Bóg przez Izajasza: „Wasze myśli nie są myślami moimi, ani wasze drogi moimi drogami” (Iz 55,8). Czyż nie od przemiany myśli rozpoczął się powrót do domu syna marnotrawcy? „Wtedy zastanowił się” – mówi o nim Jezus. Zastanowienie, refleksja może być początkiem odnalezienia drogi.

Obraz Rembrandta Powrót syna marnotrawnego zdobi ściany petersburskiego Ermitażu. Gra światła i cieni tak została wykorzystana przez artystę, że niemal cała uwaga widza skupia się na błogosławiących, spoczywających na ramionach syna dłoniach ojca. Biografowie twierdzą, że Rembrandt malując powrót marnotrawnego syna, w pewien sposób uwiecznił tam własne doświadczenie. Jako młody człowiek był butny i przekonany o swoim geniuszu, żył w zbytku i luksusach. W krótkim czasie zdobył dużą fortunę. Okres powodzenia i pomyślności nie trwał jednak długo. W ciągu siedmiu lat stracił najpierw trójkę dzieci, później zmarła mu żona. Pozostał sam z dziewięciomiesięcznym dzieckiem, związał się na krótko z jego niańką, ale i ten związek bardzo szybko się rozpadł. Artysta popadał w kłopoty finansowe. W 1658 roku stracił swój dom w Amsterdamie, musiał szukać miejsca w przytułku. Stał się biednym człowiekiem. Można powiedzieć, że malując ten obraz u schyłku swych lat, podjął refleksję nad całym swoim życiem. Odnalazł siebie w historii syna marnotrawnego. Powtórzył tę historię nie tylko pędzlem, ale swoim życiem. Ale czyż nie jest to historia każdego z nas?

Improwizacja miłosierdzia

Rembrandt świadomie wybrał taką perspektywę malarską dla Powrotu syna marnotrawnego, by uwaga widza skupiała się na dłoniach ojca spoczywających na ramionach powracającego syna. To dłonie przygarniające i błogosławiące. Jakby mówiły: „Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi” (Łk 15,22). Wybór rekwizytów nie jest przypadkowy. Pierścień oznacza przywrócenie prawa do dziedziczenia. Płaszcz to powtórne przyjęcie do godności syna. Sandały wskazują na człowieka wolnego. Niewolnicy chodzili boso.

Przypowieść o synu marnotrawnym i jego miłosiernym ojcu ma w Ewangelii Łukasza siostrę – bliźniaczkę: to opowiadanie o Samarytaninie, który okazał dobroć. I nie chodzi tylko o to, że obie przypowieści mówią o miłosierdziu. Łączy je także tajemnicza cyfra siedem: w obu tekstach wylicza siedem jego zabiegów miłosiernych. W przypadku Samarytanina są to: podejście, opatrzenie ran, zalanie ich winem i oliwą, posadzenie na zwierzęciu jucznym, zaprowadzenie do gospody i pielęgnacja. W przypowieści o miłosiernym ojcu też jest ich siedem: przyniesienie najlepszej szaty, ubranie w nią, wręczenie pierścienia na rękę i włożenie sandałów na nogi, przyprowadzenie utuczonego cielęcia, ucztowanie i wspólna zabawa. Siódemka to w Biblii liczba pełna, doskonała. Ojciec czyni dla syna wszystko, na co go stać: szata musi być najlepsza, przyjęcie wystawne, pierścień ze złota, sandały skórzane, cielak tuczonego przez długie miesiące, wystawna uczta, zabawa z muzyką i tańcami. Samarytanin ofiarowuje przygodnie spotkanemu nieszczęśnikowi wszystko, co ma najlepszego. Oto spontaniczna improwizacja, nie szczędząca siebie.

A jak przekonuje Alessandro Gnocchi, „improwizacja nie jest cnotą łatwą. Codzienne życie przyzwyczaja nas do szybkości i pośpiechu. To jednak zupełnie coś innego niż gotowość do improwizacji. Szybkość płynie z nawyku wykonywania pewnego zadania czy działania. Gotowość rodzi się natomiast z ciągłej uwagi, która skierowana jest na bieg życia. Tylko ten, kto jest gotowy, może się zatrzymać w odpowiednim momencie, działając poza schematami i konwencjami społecznymi”.

Polub stronę na Facebook