fot. M. Rosik

Z perspektywy wieży

Jeśli na wydziałach architektury ktoś dziś jeszcze mówi o budowaniu wież, ogranicza się raczej do zagadnień konstrukcyjnych. To zresztą zrozumiałe. Źle skonstruowana lub postawiona na grząskim gruncie wieża może budzić odczucia romantyczne, których nie brakuje turystom odwiedzającym Pizę, jednak wcale nie zapewnia im bezpieczeństwa. Jezus, choć był obeznany przynajmniej z podstawami architektury (zobacz przypowieść o budowaniu na skale), twierdzi, że warto zwrócić także uwagę na aspekt ekonomiczny:

„Któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie najpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Patrzcie, ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć!”(Łk 14,28-29).

Rzeczywiście, pierwsza wieża, o której wspomina Biblia, nie została nigdy dokończona. Co prawda przerwano budowę nie z powodów ekonomicznych, ale fakt pozostaje faktem: Babel nigdy nie sięgnęła nieba. Tymczasem słuchacze Jezusa, odwiedzający Jerozolimę przynajmniej przy okazji świąt pielgrzymich, mogli mieć przed oczyma inną wieżę – wykończoną, i to z największym kunsztem. W 31 roku przed Chr. Herod wybudował przy wschodnim murze okalającym miasto twierdzę, która posiadała aż cztery wieże. Trzy z nich miały wysokość dwudziestu pięciu metrów, jedna wnosiła się o dziesięć metrów wyżej. Wprawiony w lizusostwie władca nadał twierdzy imię Antonia, na cześć Marka Antoniusza. Według niektórych los Jezusa miał dwukrotnie splątać się z herodiańską wieżą: na początku i przy końcu Jego działalności. To ponoć z wysokości twierdzy Jezus miał obejrzeć wszystkie królestwa świata i cały ich przepych, by wzgardzić nimi, odrzucając szatańskie podszepty. Tu także Piłat sądził Jezusa, rozpoczynając Jego krzyżową drogę. Czy Jezus mówił o twierdzy Antonia w swej przypowieści? Nie wiemy. Wiemy natomiast, że Herod zachował się jak godny jej bohater. Skrzętnie obliczył wydatki, uznał, że wystarczy ich na wykończenie projektu i postawił wieżę. Nikt nie miał podstaw, by drwić: „Patrzcie, ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć!”.

Przynajmniej nie z tego powodu.

Niebezpieczny skarb

W 1840 roku do Ars przybyło małżeństwo Rochette. Mieli chorego syna, który nie mógł chodzić. Pani Rochette przyjęła komunię świętą, długo modliła się o zdrowie syna, płakała i czekała na cud. Jej mąż był jednak zdania, że skoro przyjechali do Ars, gdzie jest słynny proboszcz Vianney, to samo to wystarczy, aby dziecko wróciło do zdrowia. Kiedy święty kapłan zobaczył rodzinę, zaprosił ojca do konfesjonału. Dał mu znak ręką, ten jednak udawał, że znaku nie widzi. Proboszcz zapytał panią Rochette, czy mąż rzeczywiście jest niewierzący. Kobieta zaprzeczyła i ksiądz jeszcze raz zaprosił mężczyznę do konfesjonału.

Tym razem pan Rochette go posłuchał, jednak gdy ukląkł, dość stanowczo powiedział, że nie ma ochoty się spowiadać. Jednak Proboszcz z Ars zdecydował za niego: Niech pan uklęknie i zaczyna. – Księże proboszczu, już długo się nie spowiadałem, będzie chyba z dziesięć lat. Chyba więcej – stwierdził Proboszcz. – Może z dwanaście… I to za mało – powiedział spowiednik. Tak, ma ksiądz rację, ostatni raz spowiadałem się w 1826, w roku Wielkiego Jubileuszu. – Teraz mówi pan prawdę – potwierdził święty proboszcz i wysłuchał spowiedzi. Pan Rochette wyznał swoje grzechy, otrzymał rozgrzeszenie i przyjął komunię świętą. Jakże wielkie było zdziwienie rodziców, gdy w powrotnej drodze do domu zobaczyli, że syn staje na własnych nogach i zaczyna chodzić. Cud dokonał się dopiero wtedy, gdy ojciec wyrzekł się grzechu i z czystym sercem stanął przed Bogiem. „

Nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33). Decyzja przystąpienia do spowiedzi jest rezygnacją z posiadania grzechu. Balastu, który nie pozwala nam być uczniem Boga.

Nic za darmo

Ateny, Pekin, Londyn i Rio. Kilkanaście lat kariery i dwadzieścia osiem medali olimpijskich. Absolutnie niepokonany w pływaniu na dystansie dwustu metrów stylem zmiennym. Michael Phelps urodził się w 1985 roku w Baltimore. Niedługo później lekarze stwierdzili u niego nadpobudliwość psychoruchową. Pływać zaczął w wieku siedmiu lat. Osiem lat później był już reprezentantem Stanów Zjednoczonych na igrzyskach olimpijskich w Sydney. Potem rozpoczęła się seria medalowych sukcesów okupionych morderczą pracą, wysiłkowymi treningami i ciągłymi wyrzeczeniami.

Błyskawicznej karierze sportowej Phelpsa towarzyszyły jednak osobiste porażki. Dwukrotnie aresztowany był za jazdę pod wpływem alkoholu. W 2012 roku chciał zerwać ze sportem. Rozstał się z narzeczoną. Odciął się także od rodziny. O tamtym okresie swego życia wyznał:

„Byłem jak bomba zegarowa, czekająca na wybuch. Nie miałem poczucia własnej wartości. Były takie momenty, kiedy nie miałem ochoty do życia. To nie było dobre. Czułem się zagubiony”.

Pomocną dłoń wyciągnął do niego wówczas przyjaciel, Ray Lewis, futbolista. Wręczając mu chrześcijańską książkę „Życie świadome celu”, miał powiedzieć: „Prawdziwy charakter rodzi się wtedy, kiedy walczymy. Nie wolno rezygnować, poddawać się rozpaczy. Jeśli zamkniesz się w sobie, przegrasz i wszyscy stracą”. Lektura ponoć całkowicie odmieniła życie olimpijczyka. Między innymi pod jej wpływem pogodził się z ojcem, z którym od wielu lat nie utrzymywał żadnych stosunków. Phelps miał zrozumieć, że w życiu – podobnie jak w sporcie – osiągnięcia okupione są ogromnym wyrzeczeniem. Również w życiu duchowym. „Nikt, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33).

Polub stronę na Facebook