Podróże

JEROZOLIMA – TRZY DNI Z ŻYCIA STUDENTA

wszystkie fot. M. Rosik

Każdy, kto choć raz jechał nocą drogą z Tel Awivu do Jerozolimy, nie zapomni nigdy otaczającego go krajobrazu. W mroku widać jedynie zarysy wzgórz. Są łagodne, piaskowego koloru. I gdy zaczyna się już wydawać, że krajobraz jest jednolity, wręcz monotonny, oto nagle zza pagórków wyłania się prawdziwa góra, wyniosła – a na niej tysiące świateł sączących się z okien domów budowanych z białego kamienia. Zauroczony takim widokiem Jezus mówił: „Nie może się ukryć miasto położone na górze”. Miasto. Jerozolima. Miasto które urzeka i fascynuje, miasto, które zachwyca, a niekiedy budzi przestrach. Jerozolima, wbrew swojej nazwie (Jeruszalaim oznacza po hebrajsku „miasto pokoju”) targana jest niepokojem i wojną. Choć Żydzi pozdrawiają się słowem szalom („pokój”), Arabowie witają się podobnie, salem aleikum, „pokój tobie”, i niewielka garstka chrześcijan tam mieszkających wypowiada te słowa na każdej Mszy św., to jednak atmosfera w mieście jest ciągle napięta. W miejscach niedawno jeszcze zapełnionych gwarem turystów panuje złowieszcza cisza. Taki jest obraz dzisiejszej Jerozolimy, miasta, w którym marzenia o wolności są wciąż żywe i niezrealizowane.

Elhanan Leib Lewinsky (1857-1910), żydowski pisarz i lider syjonistów, znany jest przez swe powiedzenie: „Bez Jerozolimy kraj Izraela jest jak ciało bez duszy”. Jerozolima w umysłowości Żydów jawi się jako miejsce marzeń i tęsknot, miasto święte i majestatyczne, gród, nad którym rozpościera się otoczka świętości i w którym oddycha się atmosferą religijną. W Jerozolimie rzeczywiście oddycha się świętością. Tę atmosferę można wyczuć wszędzie, na wąskich uliczkach i w przestronnych bramach, w kościołach wszelkich wyznań i różnorakiej maści kaplicach, w meczetach, synagogach, w sklepikach obładowanych tandetnymi pamiątkami i przy wystawach z antykami, na placach o nazwach rodem z Biblii i przy nastrojowym oświetleniu zabytków. Miasto żyje świętością, jakkolwiek to rozumieć. Rozpościera się ona nad nim niczym gęsta zawiesina. Otacza je jak płatki bawełny bezładnie rozsypane przez wiatr. Po prostu Jerozolima – święte miasto trzech religii.

Od kilku miesięcy przebywam w Jerozolimie w ramach programu studiów rzymskiego Biblicum, które współpracuje z Uniwersytetem Hebrajskim. W ramach jednego semestru wybieram wykłady z historii i geografii krajów biblijnych, archeologię, starohebrajski, hebrajski w poezji i egzegezę Koheleta. Zestaw dopełniam greką i wykładem monograficznym z krytyki tekstu we Francuskiej Szkole Biblijnej i Archeologicznej prowadzonej przez dominikanów.

Uniwersytet Hebrajski wybudowano na Mount Scopus. Góra wznosi się w północnej części Jerozolimy. Największe jej połacie zajmuje Uniwersytet Hebrajski i campus uniwersytecki. Uczelnia powstała w 195 roku z inicjatywy Chaima Weizmanna. Od 1948 do 1967 uniwersytet był odcięty od żydowskiej części Jerozolimy. Po ponownym przyłączeniu rozbudowano campus, wzbogacając go o amfiteatr. Szczególne miejsce na uczelni zajmuje także nowoczesna synagoga. Wszystkie synagogi świata ukierunkowane są na Jerozolimę, a w samym mieści – na wzgórze świątynne. W tym wypadku frontowa ściana synagogi jest szklana, co daje doskonały widok na panoramę miasta.

Oczywiście, że życie na co dzień w tym kraju kontrastów to zupełnie co innego niż dwutygodniowy pobyt turystyczny. W takich warunkach trzeba się wszczepić w życie studenta. Różnice kulturowe i religijne nie zawsze to ułatwiają. Za ilustrację niech posłuży choćby takie wspomnienie.

W sali słychać cichy szum klimatyzatora. Bez niego nauka byłaby uciążliwa. Niektórzy z uczestniczących w wykładzie kończą kolejny kubek kawy czy coca-coli. Profesor, znany rabin, znawca składni starohebrajskiej wyjaśnia zawiłości biblijnego języka. Na Hebrew University Roothberg School Building przeznaczony jest dla overseas students. Jego powstanie finansowali między innymi Albert Einstein i Barbara Streisand. Ponieważ klimat często daje się we znaki młodym adeptom nauki przybyłym z Europy czy Stanów, uniwersytecka Café-Uni przynosi niezłe zyski. Na samych choćby napojach chłodzących można zarobić krocie. Duże okna sprawiają, że niewielka sala wykładowa przesycona jest słońcem. W Jerozolimie zresztą przez większość roku dominuje kolor żółty i biały. Jest jasno. Na korytarzach słyszy się muzykę kilkunastu języków, a kolor skóry zdaje się nie grać żadnej roli.

„Proszę przeczytać ten fragment” – zaproszenie skierowane jest do Richarda. Richard pochodzi z Kolorado. Po otrzymaniu święceń u jezuitów został wysłany przez władze zakonne na studia biblijne. Pierwszy rok – jak większość z nas – odbył w Rzymie, na drugi przyjechał do Izraela. Zaczyna czytać. Jeszcze rok temu hebrajskie litery nazywał „robaczkami”, gdyż z wyglądu nic innego nie przypominały. Dziś radzi sobie znakomicie nie tylko z lekturą, ale i z tłumaczeniem. Gdy przy głośnym czytaniu dochodzi do imienia Bożego „Jahwe”, swobodnie je wypowiada, zapominając, że powinien zastąpić je słowem ha-Szem („imię”). Ku konsternacji wszystkich, profesor wstaje – czerwony z oburzenia – szybkim krokiem opuszcza salę. Jego uczucia religijne zostały urażone. Nie można wypowiedzieć imienia Boga w obecności Żyda ortodoksyjnego. To oznaka braku szacunku wobec Najwyższego, Jego wyznawców i ich religii. Choć wykład miał trwać dwie godziny, wszyscy wiemy, że dziś już się nie odbędzie. Resztę czasu dzielącego nas od ćwiczeń z archeologii spędzić możemy w kafejce lub bibliotece. A na przyszłość trzeba być bardziej ostrożnym…

Oczywiście studiowanie w Izraelu ma przede wszystkim swoje dobre strony. Choćby ten niezwykły kurs historii i archeologii biblijnej, trwający niemal cały październik. Ciągłe zmiany miejsc, wędrówki, pakowanie plecaków, co dzień nowy hotel, nowe miasto, inne stanowisko archeologiczne, nowi poznani ludzie. I jeszcze ta niezapomniana noc beduińska.

Pustynia Judzka rozciąga się na północny-wschód od Jerozolimy w kierunku Morza Martwego. Poszarpany kamienisty krajobraz, strome urwiska, dziwacznie skręcone wąwozy, żółtoszare barwy podłoża mieszające się z błękitną stalą nieba były świadkami wielu wydarzeń z życia Jezusa. Właśnie tu, pośród szarożółtych piasków, brunatnych grot i skąpej roślinności wokół pasa Jordanu, Jezus był kuszony przez diabła. Tu znajduje się Qumran, dawne osiedle żydowskich ascetów, i Masada, która po roku 70. naszej ery była świadkiem dramatycznego zbiorowego samobójstwa zwolenników zelotyzmu. Na tej pustyni zamieszkał Jan Chrzciciel i tutaj Jezus umieścił akcję przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. W początkach chrześcijaństwa pustynię zaludnili mnisi. Jedni byli eremitami, inny wybierali zatłoczone klasztory. W V stuleciu były tu aż siedemdziesiąt trzy skupiska monastyczne! Dziś wiele z nich odrestaurowano, ale jedynie trzy otwarte są dla turystów i pielgrzymów. Ci ostatni najchętniej odwiedzają klasztor św. Jerzego Koziby, wzniesiony na stromym urwisku Wadi Qelt.

Po całodziennej wędrówce docieramy w końcu do namiotów. Zmęczeni i spragnieni sięgamy po niewielki zapas wody, by umyć twarz i zaspokoić pragnienie. Beduin, który udziela nam gościny rozpala ognisko, pomrukując przy tym słowa pustynnej pieśni, pieśni pełnej tęsknoty i jakiegoś żalu, ale jednocześnie tchnącej spokojem. Siadamy wokół z książką Thompsona, zatytułowaną Kraj naszej Księgi. Autor zajmuje się badaniem ksiąg i krajów biblijnych. Niejednokrotnie przebywał w Izraelu, by lepiej zapoznać się z geografią terenu, archeologią biblijną i historią narodu. W czasie swych podróży po Ziemi Jezusa wiele razy spotykał pasterzy, którzy wypasali swe trzody na górach Izraela. Praca ta niewiele różni się od obowiązków, jakie musieli wykonywać pasterze owiec za czasów Jezusa. Wiatr przewraca stronice i dzięki temu natrafiam na fragment: „Znałem kilka takich przypadków, kiedy pasterz dosłownie postradał życie. Pewien biedny, wierny pasterz ostatniej wiosny gdzieś pomiędzy Tyberiadą a Taborem zamiast uciekać, stawił czoła trzem beduińskim złodziejom i został rozsiekany na kawałki przez ich kindżały, i w ten sposób zginął pośrodku swoich owiec, których bronił”.

W powietrzu czuć jeszcze dym. Ognisko powoli dogasa. Żarzy się już zaledwie kilka polan. Na plecach coraz silniej czuć pustynny chłód. Nad nami rozciąga się niebo niczym granatowy dywan poprzetykany złotymi nićmi gwiazd. Kończy się kolejny dzień. Dla Beduinów dzień pracy i rozmyślań. Dzień taki sam jak tysiące lat temu…

 

Polub stronę na Facebook

Share: