Podróże

Wyspy Owcze

Ze Szkocji płynie się tu dwanaście godzin. Jeszcze dłużej z Niemiec czy Danii. Wygodniej więc wsiąść do samolotu w Kopenhadze i po dwóch godzinach zetknąć się z płytą lądowiska w Vagar. Niektórzy pytają, czemu lotnisko jest tak bardzo oddalone od stolicy (tak bardzo czyli 45 km). Odpowiedzi trzeba szukać w latach czterdziestych ubiegłego stulecia. Wtedy to Brytyjczycy wysłali na Wyspy Owcze osiem tysięcy żołnierzy, którzy wybudowali port lotniczy na jedynym możliwym skrawku w miarę płaskiego lądu.

Reina Tommasen dobrze pamięta tamte czasy. Ludzie żyli w zgodzie z brytyjskimi żołnierzami. Wszyscy pomagali sobie wzajemnie. Reina została mamą syna Brytyjczyka, który w ramach dalszych działań wojennych przeniósł się do Francji i tam zginął. Sama wychowała chłopca. Wyspy Owcze stanowiły najważniejszy punkt strategiczny na północ od Wielkiej Brytanii w czasie walk z faszystowską koalicją. Były trudno dostępne, a jednocześnie mniej więcej równo oddalone od fiordów Norwegii, wybrzeży brytyjskich i Islandii.

Pogoda jest tu zdradliwa i bardziej zmienna niż cokolwiek innego na świecie. W przeciągu godziny doświadczyć można wszystkich niemal warunków atmosferycznych. W praktyce skutkuje to niezwykłymi obrazkami. Obok ludzi w kurtkach i kozakach dostrzec można szczęśliwców w T-shirtach. Bez wątpienia pogodynkę najczęściej oglądają kontrolerzy lotów. Piloci muszą odznaczać się nie lada umiejętnościami, aby lądować w nieprzewidywalnych warunkach. Właśnie dlatego w rozkładzie lotów zobaczyć można praktycznie tylko miejscowe linie Atlantic Airways. Dotychczas nie udało się im jeden raz. W 1970 roku lecący z Bergen samolot z trzydziestoma czterema pasażerami na pokładzie rozbił się, tracąc ośmiu z nich. Pozostałych udało się uratować, pomimo mgły białej jak mleko. Do katastrofy doszło także w 1996 roku. Pilot duńskich sił powietrznych Gulfstream III nie wycelował dobrze samolotem, by trafić na lądowisko. Rozbił się pod nim, uderzając o skały. Zginęło dziewięć osób, w tym duński minister obrony.

Gdy zaglądam na cmentarz wokół niewielkiego kościółka w Sandavagur, uderza mnie ilość nagrobków z nazwiskiem Petersen. Wydaje się, że Petersenowie wykupili niemal wszystkie parcele, a tam, gdzie pojawiają się inne nazwiska, odnoszę wrażenie, że to na pewno córki rodu, które po zamążpójściu zwyczajnie przybierały nowe nazwisko. Spotkany przypadkowo przechodzień, Jakob Petersen cieszy się, że mieszka w swoim rodzinnym domu. Zapytany, od kiedy jego przodkowie zajmują tę posiadłość, odpowiada bez zająknięcia: Od siedemnastu pokoleń, czyli od początków szesnastego wieku. Skąd ta wiedza? Mieszkańcy wysp zamiast wieczornego ślęczenia przed telewizorami, chętniej słuchają opowieści najstarszego członka rodziny.

Psalmista wierzył, że grzesznicy są jak trawa na dachu, która szybko wschodzi i równie szybko usycha. Tymczasem Farerczycy lubują się w pokrywaniu trawą konstrukcji dachowych i to z trzech powodów: trawa wygłusza hałasy, ociepla budynek i jest na tyle ciężka, że opiera się sztormowym wichrom. Nota bene Farerczycy określają wiatr za pomocą trzystu pięćdziesięciu różnych słów. Deszcz ma zaledwie dwieście synonimów.

W wygodnym pokoju zajmowanego przeze mnie pensjonatu właściciele wywiesili na ścianie odręcznie malowany napis na desce. Brzmiał: „Kalla á meg, tann dag tu ert i neyd, og skall hjálpa tar, og tu skalt prisa mar”. Choć nigdy nie uczyłem się ani duńskiego, ani farerskiego, rozszyfrowanie go nie było trudne. Kalla brzmi niczym angielskie call, tu jest fonetycznie podobne do niemieckiego Du. Tak samo zresztą dag musi być odpowiednikiem niemieckiego Tag. I znów neyd to równoznacznik angielskiego need, hjalpa to help, a prisa to praise. I naturalnie skall (skalt) to zapewne wskaźnik czasu przyszłego. Napis więc głosi: Zawołaj Mnie w dniu twej potrzeby, Ja przyjdę ci z pomocą, a ty Mnie uwielbisz. W przekładzie Biblii Tysiąclecia wiersz psalmisty brzmi następująco: „Wzywaj Mnie w dniu utrapienia. Ja cię uwolnię, a ty Mnie uwielbisz” (Ps 50,15).

Przywiązanie Farerczyków do Biblii przejawia się na wiele sposobów. Kilka lat temu szef partii centrowej Jenis av Rana zbojkotował obiad z przybyłą na wyspy z oficjalną wizytą premier Islandii, gdyż ta jest lesbijką. Swą decyzję Rana uzasadniał na wskroś biblijnie.

Jacy są Farerczycy? Kilka obrazków. Włoska reprezentacja piłki nożnej przyleciała na Wyspy, by zagrać mecz do eliminacji mistrzostw Europy. Z Farerczykami. Na lotnisku policjant przymknął oko na towar wwożony przez piłkarza Gennaro Gattuso. Ten chciał okazać wdzięczność:

– Załatwię panu wejściówkę na mecz – zaproponował.

– Będę tam – odparł policjant.

– W takim razie, gdy uda się panu mnie znaleźć po meczu, obiecuję moją koszulkę.

– To nie będzie trudne – wyznał przedstawiciel władzy. – Gram w reprezentacji.

Bojowego ducha wyspiarzy można wysupłać, przyglądając się innym zdarzeniom. Największe zwycięstwo „militarne”? Gol zdobyty w rozgrywkach z Austrią w 1990 roku. Wygrana 1:0 nad mieszkańcami kraju nad Dunajem porównywalna jest jedynie ze stanięciem na księżycu Neila Amstronga, a emocje przewyższyły te, które okazywał tłum słuchający Martine Luthera Kinga, gdy mówił: I have a dream.

Nieco niższe okazały się wskaźniki poziomu rywalizacji w konkursie Miss Mokrego Podkoszulka, ogłoszonym w maju 2005. W sierpniu zawody odwołano, bo nie zgłosiła się żadna z kandydatek.

Czy Farerczycy marzą o niepodległości? Doskonale odpowiedź ujął artysta Oleg Wich, który na swym obrazie przedstawił posępnego ostrygojada wychylającego głowę przez kraty klatki i tęskniącego za wolnością. Klatka jest otwarta.

Językiem farerskim posługuje się około siedemdziesiąt tysięcy ludzi, z czego dwie trzecie to mieszkańcy wysp, a pozostałą część stanowią Duńczycy. W szkołach używany jest on od kilkudziesięciu lat, gdy wyparł oficjalny język duński. Standaryzacja języka farerskiego nastąpiła dopiero pod koniec XIX wieku. Przede wszystkim chodziło o wyprowadzenie jednolitych zasad ortografii, gdyż te same słowa zapisywano zupełnie inaczej w różnych częściach wysp.

Farerczycy to w dziewięćdziesięciu procentach ewangelicy. Dziesięć procent należy do Braci Plymuckich, radykalnego odłamu protestantyzmu. Reszta to wyznawcy innych religii i wyznań chrześcijańskich. Liczba katolików na wyspach nie przekracza dwustu. W 1931 roku przybyli tu franciszkanie, którzy wybudowali niewielki kościół. Nadano mu imię Maryi. Pojawiły się w stolicy także dwie polskie siostry zakonne o niezbyt polskich imionach: Enkrata i Gwalberta. Wyspy Owcze wraz z Grenlandią i Islandią należą do diecezji kopenhaskiej, której przewodzi bp Czeslaw Kozon, oczywiście rodem z Polski. Jedna z trzech działających na wyspach stacji radiowych okleiła się szyldem: chrześcijańska. Gdy przemierzam długie jak na tutejsze warunki odcinki pomiędzy miasteczkami, z głośników samochodu wydobywają się rozpoznawalne dźwięki worshipów, zarówno w angielskim wykonaniu, jak i w tłumaczeniu na farerski czy duński. Głos zanika jedynie w długich tunelach, spośród których wiele zanurza się w wody Atlantyku czy – jak wola niektórzy – Morza Północnego, Skandynawskiego lub Norweskiego.

William Heinesen (1900-1991) to farerski pisarz, który tworzył w języku duńskim. Gdy wystawiono jego kandydaturę do literackiej Nagrody Nobla, poprosił o skreślenie go z listy. Decyzję swą uzasadnił słowami: „Język farerski stworzył świetną literaturę i byłoby rozsądnie przyznać Nagrodę Nobla komuś piszącemu po farersku. Gdyby przyznano ją mnie, otrzymałby ją autor piszący po duńsku, a w rezultacie zadałby cios próbom stworzenia niezależnej kultury farerskiej”. Heinesen jest autorem nagrodzonej przez literacką Radę Nordycką książki Wyspy Dobrej Nadziei.

Z Midvágur pochodzi bohaterka najbardziej znanej powieści, która wyszła spod pióra Farerczyka, zatytułowanej Barbara. Beinte Christine Boberg, żona pastora, stała się natchnieniem dla Jørgena-Frantza Jakobsena (1900-1938), którzy przeżył zaledwie trzydzieści osiem lat, poddając się gruźlicy zbierającej swe żniwo w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. W archiwach zachowało się zdjęcie Jakobsena i Heinesena, gdy jako osiemnastolatkowie w starannie dobranych garniturach żywo dyskutują przy kawiarnianym stoliku, paląc przy tym papierosy.

Fabuła powieści Jakobsena jest tyle romantyczna, co przewidywalna. Barbara, piękna i próżna wdowa po dwóch pastorach, oczekuje na przybycie kolejnego sługi Bożego na wyspę. Ten nie jest w stanie oprzeć się jej wdziękom, więc się pobierają. Ona jednak nie jest w stanie oprzeć się innym mężczyznom, więc dochodzi do zdrad, choćby tych psychicznych. Niewielka społeczność Thorshavn wszystko bacznie obserwuje, a czytelnik śledzi losy bohaterki jakby był mieszkańcem stolicy. Raz współczuje Barbarze, innym razem broni pastora Poula, który ma wielkie serce wobec wiarołomnej żony. Całej powieści wydają się przyświecać słowa autora: „Życie jest wspaniałe i demoniczne zarazem, warte miłości i uległości. A rzeczą najbardziej wielkoduszną w życiu jest rezygnacja”. Myślę o tym, gdy przeglądam najnowsze wydanie stuletniego niemal dzieła Jakobsena w najstarszej, pokrytej darnią, księgarni na wyspach.

Gdy tylko dojechałem wypożyczonym na lotnisku suzuki do pensjonatu wynajętego drogą internetową, uderzyło mnie zaufanie właściciela posesji do jego gości. Właściwie jest to prywatny dom, z pamiątkowymi obrazami, starą porcelaną, antycznymi meblami, miękkimi sofami i tysiącem świec. Chyba na całym archipelagu nie można znaleźć bardziej klimatycznego zakamarka. A tymczasem dom przez cały czas, dniem i nocą, pozostaje na oścież otwarty. Przy głównych drzwiach powitała mnie wywieszona na ścianie karteczka z napisem „Mariusz – room 5”. Klucz znalazłem w drzwiach pokoju gotowego do zamieszkania. Właściciela nie widziałem ani razu przez cały czas pobytu.

Wyspy zachwycają kolorami i odgłosami. Granat oceanu miesza się z błękitem lub stalą nieba, zieleń traw wyraźnie odcina się od mlecznej mgły, a wszystko raz spowite jest absolutną ciszą, innym razem zatopione w huku wichrów, a często także urozmaicone pokrzykiwaniem ostrygojadów i maskonurów. Słowem, przyroda niczym nie skażona, wręcz dziewicza. Doświadczyć jej można wybierając się z południa na północ wyspy Streymoy. Poczynając od Tórshavn, stolicy archipelagu, którą zamieszkuje niemal połowa jego ludności, i zmierzając na północ coraz węższymi drogami, dają się zaobserwować klimaty zmieniające się niczym w kalejdoskopie. Od Kollafjørdur, poprzez Hósvik, Hvalvik aż do malutkiej osady Tjørnuvik, drogi są na tyle wąskie, że trzeba zjeżdżać na pobocze, aby ustąpić miejsca samochodom nadjeżdżającym z przeciwka.

Tórshavn czerpie swą nazwę od imienia Thora, nordyckiego boga burz i piorunów. Symbolem siły brodatego bożka stał się trzymany w ręku młot. Miasteczko, które nosi imię mitologicznej postaci, jest niezwykle przytulne. Niewielki port z kafejkami na wybrzeżu, kilka sklepów, wspomniana przytulna księgarnia pokryta trawą i zamknięta katedra. Turyści są dużo głośniejsi niż Farerczycy, choć jedni i drudzy odnoszą się nawzajem do siebie z dużą życzliwością.

Kinga Eysturland, gdańszczanka na stałe mieszkająca na Wyspach, z zapałem opowiada o największym święcie Farerczyków. Uroczystość ku czci św. Olafa, norweskiego króla, który wprowadzając chrześcijaństwo do Skandynawii na początku XI wieku, poniósł męczeńską śmierć, przypada 29 lipca. Mieszkańcy archipelagu tłumnie zjeżdżają do stolicy, by między innymi pozwolić się nieść rytmom muzyki do tańca łańcuchowego. Zespół śpiewa zwrotki farerskich pieśni, a tłumy w regionalnych strojach wykrzykują refren, żwawo podskakując w wirującym kole. Nie wszyscy są w stanie wytrwać do końca tanecznego korowodu i to nie tylko z powodu lejącego się obficie mocnego trunku. Niektóre z farerskich pieśni mogą liczyć ponad pół tysiąca zwrotek! Ale to właśnie w nich przetrwał język wyspiarzy.

– Może dzwoniłeś do mnie kilka dni temu? – zapytała Kirstin, właścicielka przytulnej restauracji, w której serwuje wspaniałego łososia w sosie migdałowym. A tu, w Sørvágur, o migdały trudno.

– Nie, to nie byłem ja – odpowiadam.

– Ktoś chciał zjeść kolację, ale zamknęliśmy z mężem na tydzień interes i wyrwaliśmy się na festiwal do Klaksvik. – Przepasany fartuchem Magnus (a jakże inaczej) uśmiecha się zza kontuaru. Wnętrze urządzono w typowo farerskim guście. Na drewnianych półkach i komodach, które z pewnością doskonale pamiętają czasy, gdy w Europie szalała Wiosna Ludów, obstawione są starymi maszynami do pisania, wagami spożywczymi i lornetami marynarzy. W tych przedmiotach jak w soczewce skupia się życie Farerczyków sprzed stu lat. Gdy światło świecy odbija się w lampce białego wina, jest sierpień.

– Otworzyliśmy lokal niedawno. Dopiero w maju – kontynuuje Kirstin – ale nie mogliśmy się oprzeć pokusie, aby pojechać na ten festiwal.

Budynek jest piętrowy, a restauracja zajmuje jedynie część parteru. Zaoknem rozciąga się jęzor zatoki, w której woda o tej porze (a dochodzi 21.00) połyskuje srebrem niczym łuski drapieżnych ryb.

– Mieszkacie w tym domu?

– Nie, mamy duży dom tam, na skarpie, bliżej lotniska – Kirstin wskazuje ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. Tu wynajmujemy lokal. Sami go urządziliśmy – dodaje.

– Coś trzeba w życiu robić, by nie umrzeć w tej izolacji – z filozoficznym zacięciem wtrąca Magnus.

Eidi i Gjógv to najbardziej na północ wysunięte osady wyspy Eysturoy. Tchną dzikim pięknem, szepcą swe tęskne poezje słowami fal rozpryskujących się o klify, gadają krzykiem ostrygojadów, zachwycają soczystą zielenią, która staje się jaśniejsza, gdy przez warstwy chmur przedzierają się promienie słońca. W Eidi znajduje się kamienny kościół z 1881 roku, wybudowany z okazji setnej rocznicy powstania osady. Pani pastor zaprasza na nabożeństwa w każdą niedzielę w samo południe. Gjógv w języku Farerczyków oznacza wąwóz. Nazwa osady wzięła się stąd, że wybudowano ją w naturalnym wąwozie, który służy za przystań. Stąd wyruszyć można na wspinaczkę, by pokonać największy szczyt wysp, górę Slættaratindur, mierzącą 882 metry. Z tych okolic pochodzić miał Tróndur, bohater dwunastowiecznej sagi islandzkiej opowiadającej o zaszczepieniu chrześcijaństwa na wyspach.

Właściwie chyba każda z niewielkich miejscowości kryje w sobie tajemnicę. Midvágur, w którym mieszkam, zasłynęło w 1899 roku z tego powodu, ze do jego brzegów zagoniono ławicę grindwali liczącą tysiąc trzysta sztuk. Do dziś jest to ponoć największy na świecie znany połów tego gatunku. Należące do delfinowatych Grindwale należą do rodziny waleni. Zwierzęta mają duże poczucie przynależności do stada, gdy więc jedno jest zranione, pozostałe nie opuszczają go, przez co same narażają się na śmierć.

Co roku na Wyspach urządza się polowania na grindwale. Niekiedy ginie ich rocznie niemal tysiąc sztuk. Organizacje ekologiczne biją na alarm, choć wszystko odbywa się zgodne z tutejszym prawem. Farerczycy mają jedną odpowiedź na zarzuty o bestialstwo:

– Hodujecie świnie po to, by je zabić. Wypasacie krowy dla mięsa. Fermy kur i indyków pękają w szwach. My nigdy nie dopuścilibyśmy się takich rzezi! To okrutna myśl: hodować zwierzę tylko po to, by je zabić. My bierzemy tylko to, co w naturalny sposób jest Bożym darem.

Najstarsze ślady osadnictwa na Wyspach Owczych odkryto w Kvivik. Osada pamięta jeszcze czasy wikingów. Hvalvik szczyci się najstarszym, bo pochodzącym z 1609 roku, drewnianym kościołem. Na ambonce, z której czyta się Biblię, widnieją ślady nacięć zadanych świętym sprzętom przez francuskich piratów. Chrzcielnica w kościele w Klaksvik natomiast została zbudowana z wykorzystaniem liczących cztery tysiące lat naczyń rytualnych, przywiezionych z Danii. W Sandavagur z kolei opowiada się legendę o dwóch wiedźmach pochodzących z tych okolic. Starsza była częściowo sparaliżowana. Gdy pewnego razu rozłożyła na kamieniu swą czerwoną jak krew suknię, porwał ją rycerz zmierzający na koniu do Midvágur. Druga wiedźma ruszyła w pościg. Gdy rycerz zbliżał się do kościoła, moc czarownicy słabła. Wiedźma zdołała chwycić za rąbek szaty, która rozerwała się na dwie części. Z rękawa, który pozostał w szlachetnej dłoni rycerza, wykonano obrusy ołtarzowe dla czterech kościołów. Farerskie osady, często okryte mgłą i spowite chmurami, kryją w sobie dawne historie i nieodkryte tajemnice. Jak zakamarki ludzkiej duszy.

Share: