Mariazell i Benedykt XVI

wszystkie fot. M. Rosik

Z czwartego, ostatniego piętra hotelu Feichtegger rozciąga się doskonały widok na bazylikę mariacką. Dwie wysmukłe sylwetki wież dominują nad placem, na którym jutro zgromadzą się dziesiątki tysięcy wiernych. Mariazell wita nas deszczem i uroczymi alpejskimi widokami. W miasteczku panuje ożywienie. Słychać głosy chóru, który wystąpi jutro na Mszy św. celebrowanej przez Benedykta XVI. Ulice zapełniają się pielgrzymami, z kawiarni sączy się zapach kawy i cicha muzyka, zapalają się pierwsze latarnie, a słońce chowa się powoli za poszarpaną linią górskich szczytów. Zapada zmrok, w powietrzu czuć jednak atmosferę oczekiwania. O 20.00 atmosfera zmienia się diametralnie. Ulice pustoszeją niemal całkowicie. Miasteczko jakby zamiera. Gdyby nie papieskie i austriackie flagi, które głośno trzepocą w porywistym, wciąż letnim wietrze, nic nie wskazywałoby na jedno z najważniejszych w historii miasteczka wydarzenie. Gdy przypominam sobie Rzym, Paryż, Wrocław na noc przed wizytą papieża, nie mogę uwierzyć, jak bardzo różna jest chwila, którą przeżywam. Wszelkie obawy jednak okazują się płonne. Następnego poranka miasteczko tętni życiem. Tłumy wyrosły jakby spod ziemi.

Jadąc tu, próbowałem sobie przypomnieć historię sanktuarium. Owiana jest legendą, która sięga roku 1157. Benedyktyński mnich o imieniu Magnus opuścił swą klasztorną wspólnotę w St. Lambrecht i przybył w okolice dzisiejszego Mariazell jako „duszpasterz pasterzy”. Przyniósł ze sobą niewielką drewnianą figurę Maryi i Dzieciątka Jezus. Ponieważ nie miał gdzie zamieszkać, wybudował z sercu gór celę dla siebie; w jej centrum ustawił maryjną statuetkę. Jego mieszkanie stało się także celą Maryi – stąd nazwa „Mariazell”. Figura przedstawia specyficzną scenę: Maryja wyciągniętym palcem lewej dłoni wskazuje na Chrystusa. W takim kontekście nie dziwi hasło całej papieskiej pielgrzymki do Austrii: „Auf Christus schauen” – „spoglądać na Chrystusa”.

Przed dziewiątą rano z trudem przedzieram się przez labirynt kabli, kamer i statywów, które na hotelowym holu rozłożyli reporterzy Reutera. Wychodzę w kierunku bazyliki. Nad miasteczkiem zawisło stalowe niebo. Góry osnute są mgłą. Nie zraża to jednak pielgrzymów, których na placu wciąż przybywa. Największe są oczywiście grupy austriackie, ale dają się zauważyć także Niemcy, Węgrzy, Rumunii, Słowacy, Czesi, Słoweńcy.

Gdy tylko w okolicach sanktuarium pojawia się papamobile, niebieskie chusty wędrują ponad głowy i powiewają radośnie w geście pozdrowienia. A pod nimi całe morze przeciwdeszczowych płaszczy… Kiedy kilka lat temu w prywatnej rozmowie Józef Ratzinger obiecał opatowi z Mariazell swoją obecność na jubileuszu 850-lecia istnienia sanktuarium, nie mógł się spodziewać, że dotrzyma słowa jako papież. Ojciec święty sprawuje Eucharystię w języku niemieckim. Na kilka dni przed tą wizytą, jego brat Georg żartował, że przyjedzie do Mariazell między innymi dlatego, że nie będzie miał kłopotów językowych. Episkopat Polski reprezentują abp Marian Gołębiewski, abp Alfons Nossol i abp Józef Życiński. Dlatego cieszą polskie akcenty w modlitwie wiernych i po błogosławieństwie.

W homilii uderza mnie po raz kolejny ta zasadnicza prawda: chrześcijaństwo nie redukuje się do moralności, chrześcijaństwo to nie system nakazów i zakazów, przykazań i przepisów; chrześcijaństwo to relacja przyjaźni – przyjaźń z Jezusem Chrystusem. Chrystus jest Prawdą – mówi papież. Należy patrzeć na Tego, którego wskazuje Maryja. Z tej kontemplacji rodzi się pragnienie naśladowania Go i dawania o Nim świadectwa. Przypominają się słowa autora Listu do Hebrajczyków: „Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala” (Hbr 12,2). W pewnym sensie można pokusić się o twierdzenie, że chrześcijaństwo polega na kontemplacji oblicza Chrystusa. Tak, jak zauważył ewangelista, gdy skończyła się tajemnicza wizja na górze Przemienienia: apostołowie „nikogo już nie widzieli, tylko samego Jezusa” (Mk 9,8). Oto nasze zadanie – zdaje się wołać Benedykt XVI. Dostrzegać Jezusa w wydarzeniach życia, w szalejącym nad górami wietrze, w starcu błagającym o pomoc, w czerwonym słońcu chowającym się za linią morza i w bezradnym dziecku, w oczach zakochanej dziewczyny i w sobie samych. Nikos Kazantsakis w jednej ze swoich powieści pisał: „Bóg przybiera co chwilę inną  formę i chwała temu, kto potrafi rozpoznać Go pod każdą z tych postaci”.

W kilka godzin po zakończonej Eucharystii gromadzimy się w bazylice. Podczas nieszporów celebrowanych w to sobotnie popołudnie wszystko oscyluje wokół symboliki światła. Zapalony paschał i świece trzymane w dłoniach są doskonałą ilustracją wyznania psalmisty: „Twoje słowo, Panie, jest pochodnią dla stóp moich i światłem na mojej ścieżce” (Ps 119,104). Papież w homilii zatrzymuje się nad ślubami, które składają osoby konsekrowane. Dużo mówi o ubóstwie. A jako Pielgrzym nawiązuje do naszej wędrówki przez ziemię. Trafnie oddaje to jedna z nieszpornych modlitw: „Miłosierny Boże, Ty chcesz, aby wszyscy ludzie osiągnęli cel swojej pielgrzymki, niebieskie Jeruzalem. Doprowadź nas do Wiekuistego Miasta i spraw, abyśmy osiągnęli niebo na wzór błogosławionej Dziewicy Maryi”.

Gdy opuszczamy bazylikę, wciąż pada. „Regen, Gottes Segen” – mówią Niemcy. „Deszcz to Boże błogosławieństwo”. Nawet jeśli to prawda, to pocieszająca jest w tym momencie myśl, którą przypomniał Benedykt XVI, że Chrystus to „Słońce sprawiedliwości”. Skoro Słońce, to z pewnością zajaśnieje ponad burzami i pochmurnym niebem…

 

Polub stronę na Facebook