Tekst: Mariusz Rosik 
Skrzypce: Agnieszka Ostapowicz 
Organy: Andrzej Garbarek 
Recytacja: Monika Szalaty i Miłogost Reczek
Utwór: Johann Pachelbel – Kanon D-dur

Na mojej wyspie ptak nie zrywa się do lotu
gdy słyszy kroki człowieka,
lecz śpiewa głośniej i piękniej swoją pieśń.
Na mojej wyspie wciąż słychać delikatne tony muzyki.
Jest na tyle głośna, by wciąż nauczała duszę o pięknie,
i na tyle cicha, by nie przeszkadzała myślom.
Myśli są tu zawsze tak jasne,
jak w Modlitwie o pogodę ducha:
„Boże, daj mi pogodę ducha, bym przyjął to, czego zmienić nie mogę.
Daj mi odwagę, bym zmienił to, co zmienić mogę.
I daj mi mądrość, bym umiał odróżnić jedno od drugiego”.

Na mojej wyspie wszystko jest modlitwą:
rozpryskujące się na twarzy krople deszczu i ścieląca się w dolinach mgła;
tęcza, która rozpostarła swój łuk na błękicie nieba
i jasne spojrzenie przyjaciół, którzy umieją słuchać;
wiatr tańczący dziwny taniec z kosmykami włosów
i płomień świecy, który odbija się jasno w zagłębieniu lampki czerwonego wina.
„Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod słońcem”.

Na mojej wyspie jest dom.
Prawdziwy, z masywnymi drzwiami, okiennicami z drewna i malwami pod płotem.
To dom światła.
W ciągu dnia jego snop wdziera się szeroką smugą przez otwarte drzwi.
Pokonuje upór ciemnej podłogi i przebarwia ją, już od progu, w świetlisty dywan.
Nocą, przez szpary w okiennicach, żółtawe światło strużkami sączy się w gąszcz lasu.
Nad strzechą smuga jasnego dymu opowiada niebu o świetle, które czai się na dnie komina.
Okiennice tłuką na wietrze,
Deszcz zmywa ze schodów letni kurz.
W zaczarowanym domu mieszkają zwykli ludzie.
Każdej nocy stają w kolejce po świt.

Na mojej wyspie
czas tka codzienność z kolorowych nitek.
Śmiech plącze z płaczem, a miłość – ze zdradą.
Łzy jednak wysychają szybciej, a zdrada nie boli tak bardzo.
To jest wyspa, na której liczy się chwila obecna.
Przeszłość nie należy już do nas.
Nasze są tylko wnioski, które z niej płyną.
Przyszłości jeszcze nie ma.
Przyjdzie do nas i powie: Oto ja, teraźniejszość.
Tu, w czasie, ciągle dzieje się teraz.
Od nas zależy, co uczynimy.
Chwila nie lubi się powtarzać.
Nie zdarzyła się wcześniej i nie przyjdzie potem.
Podarowana tylko raz.
Podarowana właśnie teraz.

Na mojej wyspie
są złociste i bezładne pustynie;
a na każdej z nich maleńkie oazy.
To tam rozkwitają ogrody, pomalowane zielenią, żółcią, czerwienią i fioletem.
Ich barwy są intensywne.
Ich obecność upragniona.
Żar dnia miesza się z czarnym chłodem nocy.
Pustynne noce nabrzmiewają strachem.
Żaden z nich jednak nie jest tak wielki, a żadna noc tak czarna,
aby nie udało się wyplątać z obłoków jednej choćby gwiazdy.
I uczepić się jej kurczowo.
I wierzyć, że iskra może zapowiadać płomień.

Wszyscy tworzymy własne wyspy.
Na nich budujemy domy.
W domach otwieramy okna.
Z okien wyglądamy na tych, którzy powinni przyjść, abyśmy mogli ich kochać.
Aby oni mogli kochać nas.

Na mojej wyspie ptak nie zrywa się do lotu
gdy słyszy kroki człowieka,
lecz śpiewa głośniej i piękniej swoją pieśń.
Na mojej wyspie wciąż słychać delikatne tony muzyki.
Jest na tyle głośna, by wciąż nauczała duszę o pięknie,
i na tyle cicha, by nie przeszkadzała myślom.
Myśli są tu zawsze tak jasne,
jak w Modlitwie o pogodę ducha:
„Boże, daj mi pogodę ducha, bym przyjął to, czego zmienić nie mogę.
Daj mi odwagę, bym zmienił to, co zmienić mogę.
I daj mi mądrość, bym umiał odróżnić jedno od drugiego”.

Na mojej wyspie wszystko jest modlitwą:
rozpryskujące się na twarzy krople deszczu i ścieląca się w dolinach mgła;
tęcza, która rozpostarła swój łuk na błękicie nieba
i jasne spojrzenie przyjaciół, którzy umieją słuchać;
wiatr tańczący dziwny taniec z kosmykami włosów
i płomień świecy, który odbija się jasno w zagłębieniu lampki czerwonego wina.
„Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod słońcem”.

Na mojej wyspie jest dom.
Prawdziwy, z masywnymi drzwiami, okiennicami z drewna i malwami pod płotem.
To dom światła.
W ciągu dnia jego snop wdziera się szeroką smugą przez otwarte drzwi.
Pokonuje upór ciemnej podłogi i przebarwia ją, już od progu, w świetlisty dywan.
Nocą, przez szpary w okiennicach, żółtawe światło strużkami sączy się w gąszcz lasu.
Nad strzechą smuga jasnego dymu opowiada niebu o świetle, które czai się na dnie komina.
Okiennice tłuką na wietrze,
Deszcz zmywa ze schodów letni kurz.
W zaczarowanym domu mieszkają zwykli ludzie.
Każdej nocy stają w kolejce po świt.

Na mojej wyspie
czas tka codzienność z kolorowych nitek.
Śmiech plącze z płaczem, a miłość – ze zdradą.
Łzy jednak wysychają szybciej, a zdrada nie boli tak bardzo.
To jest wyspa, na której liczy się chwila obecna.
Przeszłość nie należy już do nas.
Nasze są tylko wnioski, które z niej płyną.
Przyszłości jeszcze nie ma.
Przyjdzie do nas i powie: Oto ja, teraźniejszość.
Tu, w czasie, ciągle dzieje się teraz.
Od nas zależy, co uczynimy.
Chwila nie lubi się powtarzać.
Nie zdarzyła się wcześniej i nie przyjdzie potem.
Podarowana tylko raz.
Podarowana właśnie teraz.

Na mojej wyspie
są złociste i bezładne pustynie;
a na każdej z nich maleńkie oazy.
To tam rozkwitają ogrody, pomalowane zielenią, żółcią, czerwienią i fioletem.
Ich barwy są intensywne.
Ich obecność upragniona.
Żar dnia miesza się z czarnym chłodem nocy.
Pustynne noce nabrzmiewają strachem.
Żaden z nich jednak nie jest tak wielki a żadna noc tak czarna,
aby nie udało się wyplątać z obłoków jednej choćby gwiazdy.
I uczepić się jej kurczowo.
I wierzyć, że iskra może zapowiadać płomień.

Wszyscy tworzymy własne wyspy.
Na nich budujemy domy.
W domach otwieramy okna.
Z okien wyglądamy na tych, którzy powinni przyjść, abyśmy mogli ich kochać.
Aby oni mogli kochać nas.

Polub stronę na Facebook